Nina Rosa

Nocturn vol. 1

 

Fragmenty

 

Każda historia zaczyna się od jednego słowa.

Tutaj możesz zajrzeć do świata Nocturnu – poznać bohaterów, ich emocje i tajemnice.

To tylko wycinki większej całości, ale już one pozwolą Ci poczuć atmosferę,

w której światło splata się z cieniem, a miłość z przeznaczeniem.

Prolog

 

Rozsiani po całym świecie, jesteśmy w każdej mitologii, w ludowych podaniach i baśniach, opowiadanych na dobranoc. My – dzieci nocy, które ożywają, gdy nadchodzi zmrok.

 

 

Śniący

 

Nikt nie oddychał spokojnie. W komnacie panował półmrok, a jedynym źródłem światła były świece – ich płomienie drgały, rzucając poszarpane cienie na ściany. Ustawiono je w półokręgu za mężczyzną pochylonym nad miedzianą misą. Z palonych w niej ziół unosił się dym. Gryzący i gorzki – zostawiał w ustach smak popiołu.

 

Śniący był w transie.

 

Obserwowało go dwoje ludzi – brzemienna kobieta i mężczyzna w krótkim, ciemnym płaszczu. Kobieta odruchowo gładziła brzuch, próbując uspokoić nie tylko siebie, ale i dziecko. Mężczyzna opierał poznaczoną bliznami dłoń na brodzie. Wpatrzony w podłogę milczał – pogrążony w myślach.

 

– A jeśli ta przepowiednia go nie dotyczy, Calederze? – zapytała kobieta.

– Amaris... – Mężczyzna wziął wdech. – Chciałbym w to wierzyć. Ale tylko Berian będzie znał odpowiedź. A my...

 

Urwał, gdy Śniący przeciągnął dłonią po kamiennej posadzce – zostawiając na niej rysy z paznokci i ślad krwi. 

 

Blady i oblany potem Berian zaczął pisać coś palcem – bez ładu i nerwowo, jakby prowadziła go ręka nie z tego świata. 

 

Zaczerpnął gwałtownie tchu. Zdawał się potrzebować całego powietrza, jakie znajdowało się w pomieszczeniu. 

 

Płomienie świec zadrżały. 

 

Oczy mężczyzny przed chwilą jeszcze białe, odzyskały swój naturalny, brązowy kolor. 

 

Spojrzał na królewską parę. Jego twarz wyrażała coś więcej niż strach – ciężar tego, co zobaczył.

 

– Mów – odezwał się Caleder. Głos miał ochrypły. – Co widziałeś?

– Berianie, przyjacielu, nie każ nam czekać – dodała Amaris.

– Zniszczenie. Smoki. Wszystko strawione ogniem – mówił z trudem. Jego czoło rosił gęsty pot.

 

Amaris cofnęła się o krok.

 

– To niemożliwe. Smoków nie widziano od tysięcy lat! – zaprotestował Caleder.

– Widziałem też dziecko – wzrok Beriana powędrował do brzucha Amaris. – Chłopca. Ale nie był sam. Obok stała dziewczynka, a za nią siedem figur. Jedna z nich... była skrzydlata.

 

Berian spuścił wzrok. Wahał się.

 

– Otrzymałem przepowiednię. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy dotyczy waszego syna.

– Zapamiętałeś tekst? – zapytała szeptem Amaris.

– Jest... tutaj wskazał krwawiącym palcem podłogę. Słowa, zapisane w pośpiechu, układały się w wersy.

 

Amaris i Caleder podeszli bliżej. Głosem niewiele głośniejszym od szeptu Amaris przeczytała:

 

Wilk zrodzony w krwawym księżycu,

zawyje, gdy świat zapłonie.

Serce złożone na trzech ołtarzach –

na nowo zrodzone.

Gdy Pamięć odnajdzie Echo

w labiryncie, różą –

do świata nowego przyjdzie,

ogniem i burzą. 

 

Małżonkowie wymienili spojrzenia.

 

– To o naszym synu? – Caleder spojrzał na Beriana.

– Naprawdę nie wiem. Myrrhaen pokazuje mi tyle, ile chce. A ostatnio... jest niespokojna.

– Czy mówiła coś jeszcze? – zapytała Amaris.

– Nie. Zawsze przemawia zagadkami. Aton powiedział mi, że ta wizja sięga czasów, zanim staliśmy się wilkołakami.

– Muszę porozmawiać z Gerrothem – rzucił Caleder.

– Jeśli wilk Beriana nie powiedział nic konkretnego, to ani Gerroth, ani Avelis też nic nam nie zdradzą. Calederze zastanów się. Wilki nie mogą ingerować – Amaris ujęła dłonią jego rękę.

 

Zapadła cisza.

 

– Więc co nam zostaje? Ta przepowiednia... kilku już w nią uwierzyło.

– I za każdym razem żądała ceny – dodała Amaris.

– Czekanie – odparł Berian. – Wejdę tam raz jeszcze.

– Nie śmielibyśmy cię o to prosić – Amaris przytuliła dłoń do piersi.

– Znam ryzyko i spróbuję. Dla was. 

 

Berian podszedł i ujął ich dłonie. 

 

– Jesteście jak rodzina. Zrobię to.

 

Caleder skinął głową, a Amaris dotknęła dłonią policzka Beriana. Potem wyszli z komnaty w milczeniu, zostawiając Śniącego samego. 

 

Berian wrócił do misy.

 

Usiadł przed nią nieruchomo, wsłuchując się we własny oddech. Dym miał inny zapach niż wcześniej. Był cięższy, wilgotny. Coś w nim pachniało ziemią. Zgnilizną. Kiedy zamykał oczy, w kącie pomieszczenia poruszył się cień. 

 

Nie skrzypnęły deski. 

 

Nie zatrzepotał płomień świecy. 

 

Ale powietrze zrobiło się cięższe, jak przed burzą. Na granicy snu i jawy usłyszał głos.

 

– Za dużo snów, Berianie.

 

Otworzył oczy – nikogo nie było.

 

 Tylko wrażenie, jakby zapadał się pod ziemię. Jakby ktoś już był po drugiej stronie. I czekał.

 

 

1

 

Bianka

 

Obudziły mnie ostre promienie słońca. Zwyczajnie – bez litości. Wpadały przez małe, brudne okienko, jakby chciały ukarać mnie za to, że jeszcze śpię. Znowu winna. Znowu niechciana.

 

Byłam zmęczona. Tak bardzo zmęczona, że nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Obróciłam się na drugi bok i podniosłam telefon. Na potłuczonym ekranie była 6:18.

 

Cholera. 

 

Moje serce przyspieszyło. Szybko przetarłam oczy i wstałam. Bolało mnie całe ciało. Nienawidziłam swojego życia, a innego nigdy mi nie pokazano.

 

– Jestem Bianka Black, wilczyca – szepnęłam do siebie, jak co rano.

 

Zerknęłam w stare lustro z pękniętą ramą i uśmiechnęłam się gorzko. Nie widziałam w nim nic poza pustką.

 

Moje drugie ja – mój wilk – nie zechciał się odezwać, a jedyna życzliwa mi dusza w stadzie mówiła, że jestem „późno zakwitającym kwiatem”. Ale starej Adeli nikt nie słuchał. 

 

Nikt poza mną.

 

Rozejrzałam się po moim „pokoju”. Czy raczej skrawku przestrzeni wydzielonej na strychu, bo nikt nie nazwałby tego pokojem. Powietrze było tu gęste od kurzu, z dachu sączyła się wilgoć, więc sierota mogła spać między zapleśniałymi szmatami a rozklekotanym fotelem. Ostatecznie wszystko, co niepotrzebne lądowało właśnie tu.

 

Jestem przecież Omegą – pomyślałam patrząc na wirujący w powietrzu kurz. – Zniknę i nikt nawet nie zauważy.

 

Nie z wyboru, ale nie było nikogo, kto chciałby się mną zaopiekować – krewnych czy przyjaciół. Bez szans na społeczny awans – pozycję można zdobyć tylko przez urodzenie albo małżeństwo. Nieliczni byli w stanie wywalczyć sobie inną grecką literę alfabetu, ale wymagało to wilka.

 

Miałam jeszcze jedno wyjście – odejść ze stada. I Myrrhaen mi świadkiem, że zamierzałam to zrobić.

 

Znów spojrzałam w lustro.

 

Widok nie powalał. Byłam chuda – nie „szczupła” czy „filigranowa”, tylko po prostu chuda. Miałam na sobie za dużą, męską koszulkę – połowę mojej garderoby. Jedyną moją ozdobą były długie, ciemnobrązowe włosy i gęste rzęsy. 

 

Bianka! 

 

Głos w głowie rozdarł moje myśli. Złapałam się za uszy – odruchowo, choć wiedziałam, że to nic nie da.

 

Gabinet. Trzy minuty.

 

Przeklęty dar Alf – telepatyczna więź. Jakim szczęściem było to, że tylko Alf. Nie chciałam wyobrażać sobie kilku osób krzyczących na raz w mojej głowie.

 

Zerknęłam w lustro po raz ostatni.

 

A potem pobiegłam do gabinetu Erika Sandmana.

 

𓃦

 

– Siadaj – przeczesał dłonią szpakowate włosy.

 

Nie podnosząc nawet wzroku znad komputera, wskazał mi krzesło palcem. Bałam się ruszyć. Moje dłonie zrobiły się zimne od potu.

 

– Siadajże w końcu! – warknął, a ja dopadłam do fotela. – Będziemy mieć gościa. Przyjedzie do nas Alfa z Północy. Ty i kilka Sigm przygotujecie dom. Masz się nie obijać. Jasne?

– T-tak.

– Możesz już iść – ziewnął bez zamykania ust.

 

Wstając, potknęłam się, a drewniana, rzeźbiona noga fotela zgrzytnęła po marmurowej podłodze. Sandman rzucił mi krótkie spojrzenie, pełne pogardy. Nie powiedział nic, ale ta cisza była bardziej przerażająca od krzyku.

 

Drzwi zamknęły się za mną z miękkim kliknięciem. Oparłam się o nie plecami i pozwoliłam sobie na oddech. Ręce skrzyżowałam za plecami, jakby to miało spiąć mnie w całość, zanim się rozpadnę.

 

𓃦

 

Jedynym miejscem na Południu, gdzie czułam się jak w domu, była kuchnia. Głównie dzięki starej Adeli. Stała już przy blasze i spokojnie smażyła słone naleśniki z boczkiem dla całej watahy. 

 

Była dla mnie jak babcia – znała mnie na wylot. Wiedziała, co lubię jeść i udawała, że nie wie, kiedy kłamię. Czasem wydawało mi się, że potrafi czytać w myślach.

 

– Zaspałaś, lilijko – rzuciła z uśmiechem.

 

Pokiwałam głową.

 

– Wiesz, że będziemy mieć gości?

– Coś tam słyszałam. 

 

Westchnęłam i zabrałam się za mycie naczyń, których nie zdążyła posprzątać.

 

– Niedługo są moje urodziny – powiedziałam cicho.

– Jak mogłabym zapomnieć? Mam dla ciebie prezent – zerknęła na mnie przez ramię.

– Naprawdę?

– Oczywiście, że tak. To... nic wielkiego, ale powinno ci się spodobać. Należy ci się coś na osiemnaste urodziny. Twój wilk się odezwał?

– Nie... – wymamrotałam.

– Nie przejmuj się. Boginie szykują dla ciebie coś wyjątkowego.

– A jeśli wcale się nie odezwie? – szepnęłam.To nauczysz się z tym żyć. Omega taka jak ty może zmienić wszystko.

 

Nie odpowiedziałam, ale coś ścisnęło mnie w środku. Nie strach – raczej nadzieja, której nie chciałam. 

 

Adela odwróciła się na chwilę, a ja skorzystałam z okazji. Chwyciłam naleśnika i w ostatniej chwili uskoczyłam przed drewnianą łyżką, którą chciała mnie pacnąć.

 

– Jemy przy stole ze wszystkimi, a nie w biegu!

– Nie ja.Właśnie ty. Dlaczego nie chcesz jeść z innymi?

– Nie chodzi o was.

 

Adela miała na myśli Sigmy i Omegi, które traktowały mnie obojętnie. Dla nich nie istniałam.

 

– Tylko o Giselle? – zapytała łagodnie. – Co ja ci o niej mówiłam?

– To nie ma znaczenia. Lepiej, gdy się nie widujemy. Ja jestem szczęśliwsza i ona też. 

– A ten chłopiec?

– Który?

 

Adela tylko się uśmiechnęła.

 

– Sądzone są ci wielkie rzeczy. Gdybyś wiedziała jakie, biegałabyś po lesie i krzyczała.

– Tak, tak... – mruknęłam. – Idę sprzątać. 

 

Wyszłam, zanim zdążyła coś dodać. Trzymałam się ścian, gdy coś poruszyło się wewnątrz mnie. Ale kiedy się zatrzymałam i wsłuchałam – było już cicho. Zbyt cicho, jak na coś, co przed chwilą się obudziło.

 

 

2

 

Bianka

 

Sprzątałam tak jak zawsze – mechanicznie, bez myślenia. Przenosiłam wiadra między skrzydłami domu, wycierając marmurową posadzkę, aż zaczęły mnie piec ramiona.

 

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że coś się nie zgadza.

 

Powietrze.

 

Miało w sobie obcą nutę – ledwie uchwytną, ale wystarczającą by napiąć mi kark. Zatrzymałam się w z mokrą ścierką w dłoni, nie wiedząc dlaczego.

 

Zobaczyłam go w przejściu między skrzydłami domu. Stał tyłem, rozmawiając ze swoim betą – Randallem. Śmiał się – swobodnie, głośno – jak ktoś, kto nigdy nie musiał uważać na to, gdzie stawia nogi. 

 

Håkon Sandman. Syn Alfy. Dwadzieścia lat i perspektywy, o jakich większość mogła tylko pomarzyć. Poza tym ramiona jak z żelaza i oczy od których dziewczynom uginały się kolana.

 

Mnie też.

 

Oparłam się o ścianę i udawałam, że czekam na polecenia. W rzeczywistości patrzyłam na niego. Na sposób, w jaki się poruszał. Na to jak naturalnie zajmował przestrzeń, jakby wypełniał pomieszczenie światłem. Ale to było wszystko, na co mogłam sobie pozwolić.

 

Miał mieć wszystko, co posiadało Południe: olbrzymie ilości ziemi, dostęp do morza i lasy pełne zwierzyny, na którą polowano w Wilczą Pełnię. W niedalekiej przyszłości – zgodnie z tradycją – gdy się ożeni.

 

Jak każdy wilk – połączyć się w parę na całe życie. Wiedziałam o tym, bo słyszałam rozmowy, czasem szepty. Widziałam, jak uprzywilejowani jeździli na Królewski Bal. I choć więź zwykle pojawiała się blisko, czasem była po drugiej stronie kontynentu. Obserwowałam, jak te „wybrane” pakują swoje rzeczy i odchodzą do innych watah.

 

Mówili też, że to wilk pierwszy wyczuwa więź. Poznaje ją po zapachu. Że to coś innego. Że nie da się tego pomylić z niczym innym. I, co ciekawe, dla każdego jest czymś innym – cytrusami, świeżo skoszoną trawą albo szarlotką.

 

Ale takie historie nie dotyczyły Omeg. Ja nigdy niczego nie poczułam. Przestałam więc wierzyć w takie rzeczy.

 

Odwróciłam wzrok i z westchnięciem ruszyłam korytarzem. Wiedziałam, że takie myśli są dla mnie niebezpieczne i nie mogę sobie na nie pozwolić.

 

Trzymałam się ścian jak cień. Składzik z mopami był na końcu – tam, gdzie nikt nie zaglądał bez potrzeby.

 

W połowie drogi, coś się we mnie poruszyło. Przeciągnęło pod skórą – powoli i leniwie, jak kot po długim śnie. Gdzieś głęboko w sobie usłyszałam ciche warknięcie.

 

A potem... nic.

 

Cisza.

 

Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że patrzę na brudne szmaty, trochę tak, jakbym nie dowierzała, że je widzę. Uświadomił mi to chichot dziewczyn za mną. 

 

– Czyżby nasz Kopciuszek nie wiedział, która ścierka najlepiej do niego pasuje? – zakpiła Giselle. 

 

Cała grupa wybuchła śmiechem. Nie odpowiedziałam – to nie miało sensu. 

 

Giselle podeszła i korzystając z siły dostępnej komuś, kto od dwóch lat może się już przemieniać popchnęła mnie w kierunku wiader. Była córką Bety. Miała władzę w genach – deptała słabszych i nikt tego nawet nie zauważał. Kiedyś przycisnęła moją twarz do łazienkowych kafelków, tylko dlatego, że za wolno wycierałam okno. A potem się uśmiechnęła.

 

Upadłam z hukiem. 

 

Kolanem uderzyłam o wiadro. Ból był nagły i zaskakująco ostry. Ale nie krzyknęłam. Nie miałam prawa.

 

– Tam jest twoje miejsce niezdaro! – rzuciła jeszcze na odchodne, zatrzaskując drzwi.

 

Wiedziałam, że nie wydostanę się ze schowka, dopóki ktoś nie przyjdzie po mop. Przez chwilę leżałam w zatęchłej wodzie, pozostałej z mycia podłogi. Na spodniach i ramieniu miałam śmierdzące szmaty. 

 

Podniosłam się i zdjęłam je z siebie. Ustawiłam wiadra. A potem skuliłam się w kącie i pozwoliłam sobie na coś, na co pozwalałam sobie tylko w samotności – płacz. Nie szlochałam. Łzy po prostu spływały mi po policzkach. 

 

Oparłam głowę na ramieniu. 

 

Pomyślałam o swoich oszczędnościach. Zbierałam wszystkie drobne znalezione podczas sprzątania. Czułam się jak złodziej. Z drugiej strony zebrałam aż tyle, że mogłoby nie wystarczyć na bilet autobusowy do najbliższego miasta. 

 

Monety ukryłam pod luźną deską, obok pudełka, w którym trzymałam zdjęcie moich rodziców. Były tam też drobiazgi z dzieciństwa – biały guzik z ulubionej koszuli mamy. Breloczek z misiem. List od taty do mamy, w którym mówił, jak bardzo za nami tęskni.

 

Te „oszczędności” traktowałam jak ostateczność. Ale właśnie w tamtej chwili pomyślałam, że w dniu swoich urodzin ucieknę. 

 

Albo przynajmniej spróbuję. Zawalczę. Choćby to miała być najżałośniejsza walka o jakiej ktokolwiek słyszał, to i tak ją podejmę.

 

Zacisnęłam pięści.

 

I znowu to poczułam. Jakby masa futra otarła się o mnie od środka. Miękkie i subtelne wrażenie z wewnątrz – tak dziwne, bo przecież odczuwamy dotyk przez skórę. 

 

I wtedy – zapach, którego nie potrafiłabym porównać z niczym innym. Fala aromatu: słodkich migdałów i śliwek. W całym moim życiu nie czułam nic piękniejszego. Świat się rozmył – jakbym na chwilę przestała być w sobie.

 

Zapach narastał w miarę zbliżających się kroków. Ktoś zatrzymał się przed drzwiami. Czułam, że węszy. Zacisnęłam dłonie na kolanach, żeby nie drżały. Miałam nadzieję, że jeśli się nie poruszę pozostanę niezauważona. Po chwili odszedł – jeszcze szybciej niż się pojawił, a razem z nim ten odurzający aromat.

 

Kilka minut później, składzik otworzył Lucas – Sigma, niewiele starszy ode mnie. Nie przepadał za mną, ale przynajmniej mnie nie dręczył. Spojrzał z politowaniem i pokręcił głową. Nic nie powiedział. Wziął wiadro, mop i odszedł. 

 

Zrobiłam to samo.

 

Co jakiś czas czułam „ten” zapach. Czasem silniej, czasem słabiej. Zastanawiałam się, czy może nie są to nowe perfumy kogoś z członków watahy.

 

Im dłużej o tym myślałam, tym mniejszy miało to sens. A zapach nie znikał. Jakbym to nie ja go czuła – tylko on mnie. Jakby na coś czekał.

 

 

3

 

Bianka

 

Po całym dniu wycierania podłóg, ścierania kurzu i mycia okien wlokłam się po schodach na górę. Trzymałam się ciemniejszych korytarzy posiadłości.

 

Wszystko mnie bolało – mięśnie, o których wiedziałam, że istnieją, i te, o których nie miałam pojęcia. Głowa pulsowała tępym bólem, a jedyne, o czym marzyłam, to rzucić się na materac i nie podnieść przez najbliższe trzy dni.

 

Przed schodami na strych usłyszałam głos, który niczym lodowata ręka, zacisnął się wewnątrz mojej głowy.

 

Dziś wieczorem pojawią się goście.

 

Sandman. 

 

Macie być obecni. Wszyscy. 

 

Moje serce przyspieszyło. Instynkt mówił jedno: nie sprzeciwiaj się, opór będzie ukarany.

 

Macie być schludni. Sigmy będą usługiwać. Mówię też do ciebie, Håkon.

 

Gdy zamilkł, została po nim dziwna pustka, cisza i wstyd. Miałam ochotę zniknąć. Byłam jeszcze mniejsza niż przed chwilą.

 

Muszę się umyć. Nie miałam własnej łazienki – korzystałam z ogólnej na drugim piętrze, kiedy wszyscy spali. I jeszcze coś schludnego do założenia. Ubrania... 

 

Zapiekły mnie oczy. Zamrugałam szybko i ruszyłam na górę. Schody skrzypiały znajomo przy każdym kroku, co dawało mi ulgę – czułam, że zbliżam się do mojego azylu. Otulił mnie zapach wzbitego kurzu i starego drewna. Prawie się uśmiechnęłam, gdy nagle, gdzieś pomiędzy, usłyszałam głosy.

 

– Po co tu przyszedłeś? – zaćwierkała Giselle.

– A ty?

– Poszłam za tobą. Czego chciałeś od tego kocmołucha?

– Mam dla niej dyspozycje od ojca – powiedział wymijająco Håkon.

– Akurat. Czego on może od niej chcieć?

– To nie twoja sprawa, Giselle.

 

Stanęłam pod drzwiami i poczułam ten zapach. Serce tłukło mi się w piersi. Dopiero po kilku sekundach zebrałam się na odwagę i drżącą ręką nacisnęłam klamkę.

 

– O wilku mowa! A nie, czekaj, jakim wilku? – zaśmiała się teatralnie marszcząc nos. – Chodźmy stąd, jeszcze przesiąkniemy jej smrodem.

 

Spojrzała na mnie z wyrazem całkowitej pogardy. 

 

Zerknęłam na Håkona. 

 

Był przystojny. W ten irytujący i uprzywilejowany sposób. Ale teraz w jego oczach było coś, czego nie potrafiłam nazwać. 

 

Wydało mi się, że zbladł, gdy mnie zobaczył.

 

Opuściłam głowę i przeszłam obok. Owionęła mnie woń – obezwładniająca, ciepła, niemal intymna. Najrozsądniejsze wytłumaczenie, jakie przyszło mi wtedy do głowy było takie, że wylał na siebie butelkę wyjątkowo drogich perfum.

 

Håkon skierował wzrok na Giselle. 

 

– Idź już. Spotkamy się za dziesięć minut. 

– Tak długo będziesz z nią rozmawiał?

– Powiedziałem ci, że mam dyspozycje od ojca.

– Dla niej? Przecież... to tylko Omega.

– Zrobisz, co każę. Znikaj – warknął.

 

Giselle przygasła. Chyba nigdy nie usłyszała od niego odmowy. Prawie zrobiło mi się jej żal – nie znała smaku odrzucenia – musiało zapiec podwójnie. 

 

Zamrugała szybko, jakby od pyłu. Potem zacisnęła usta, zarzuciła włosami i nałożyła na twarz jedną z tych masek, które znałam tylko z obserwacji – uśmiech piękny i nieprawdziwy. Zatrzymała się w progu. Spojrzała przez ramię i przygryzła wargę – tym jednym spojrzeniem chciała zatrzymać jego uwagę. Może właśnie tego próbowała.

 

Zignorował ją. Zacisnął szczękę i z irytacją patrzył na ścianę. Stare drzwi skrzypnęły, gdy zamknęła je za sobą. Wtedy jego wzrok przeniósł się na mnie.

 

– Musimy porozmawiać – mówił wyjątkowo spokojnym głosem, w którym było coś na kształt czułości.

– Słucham – powiedziałam niewiele głośniej od szeptu.

 

Poruszył się nieznacznie słysząc mój głos. Przez moment nasłuchiwał, czy Giselle na pewno odeszła, po czym niespodziewanie ujął moje dłonie. Obrócił je wnętrzem do góry i potarł kciukami. Skóra była szorstka, popękana – po całym dniu szorowania chemią. Milczał. W jego oczach pojawiło się coś, co przypominało litość.

 

Wbiłam wzrok w podłogę, było mi wstyd. Wyszarpnęłam dłonie. Nie chciałam tego robić, bo coś we mnie lgnęło do jego dotyku.

 

– Miał mi pan coś do powiedzenia – powiedziałam sztywno.

 

Spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły.

 

– Pan? – parsknął. – Daj spokój, mam na imię Håkon. Przecież wiesz.

 

Nie odpowiedziałam. Nadal gapiłam się w podłogę. Równie dobrze mógł mnie podpuszczać.

 

– Spójrz na mnie.

 

Podniosłam oczy. Miał łagodny wyraz twarzy, jakby ważył każde słowo.

 

– W zasadzie nie przyszedłem tu ze względu na ojca – powiedział, trzymając dłoń na karku.

– W takim razie po co?

– Muszę o coś zapytać. Czy... objawił się już twój wilk?

 

A więc o to chodzi. Chcą mnie wyrzucić. 

 

– Nie... – odparłam głucho.

– To jeszcze... Chyba jeszcze jest czas?

– Teoretycznie dwa dni.

– Widzisz, ja... Mój pojawił się, gdy miałem czternaście lat. Ma na imię Udor – dodał pospiesznie. 

 

Milczałam.

 

– Wiesz, że jestem synem Alfy, tak? – zapytał niepewnie.

– Raczej wszyscy to wiedzą.

– No tak... – zaśmiał się i znów potarł dłonią kark. – Mimo wszystko zapytam: czy ostatnio czułaś jakiś dziwny, może nawet ładny – wyszczerzył zęby – zapach w domu?

 

Uniosłam głowę zaskoczona.

 

– Ty też? – wyrwało mi się. – To znaczy... pan też?

– Też? – uniósł brew.Dziś rano. Woń słodkich wiśni. Najpiękniejszy zapach, jaki... Ale to coś złego, tak? Ktoś się włamał? Był tu, na strychu? – panika podeszła mi do gardła.

– Nie, spokojnie – przerwał mi i złapał za przedramiona. – Nikt się nie włamał. Wiśnie mówisz? Ja odbieram cię inaczej.

 

Zamrugałam.

 

– Jak to mnie? Ja przecież nie pachnę... Odbierasz? 

 

Powoli docierało do mnie, o czym mówił. 

 

– Dla mnie ten zapach to maliny i tuberoza. 

– Tuberoza? – nie spodziewałam się po Håkonie, że będzie znał nazwy kwiatów.

– Taki kwiatek. Rośnie w naszych ogrodach.

– Nic z tego nie rozumiem – powiedziałam zrezygnowana.

– Nikt ci tego nie wyjaśnił?

– Czego?

– Jak bogini Velune przydziela nam towarzyszy.

– To nie jest śmieszne – cofnęłam się, a Håkon odruchowo wyciągnął do mnie dłoń. 

– Nie przyszedłem cię skrzywdzić. Chciałem porozmawiać. Upewnić się, że nie oszalałem. Usiądź. Wszystko ci opowiem.

 

Z braku lepszego wyjścia, usiadłam na brzegu łóżka. Håkon kręcił się po pokoju, potem zatrzymał się i powiedział:

 

– Od kilku miesięcy czułem zapach. Nie wiedziałem, że należy do ciebie. Ciągle mi umykał. Krył się w cieniu. Tłumaczono mi, jak rozpoznam towarzyszkę – że zapach mnie upoi. Nie czułem go przy żadnej kobiecie w stadzie. Dziś rano... poprowadził mnie do schowka i...

– Byłam tam wtedy – powiedziałam cicho.

– Jak to byłaś?

– Byłam w schowku, gdy przyszedłeś. Nie wiedziałam tylko, że... to ty.

– Przecież był zamknięty – zmrużył oczy.

– Wiem.

 

Zdziwienie na jego twarzy mówiło wszystko.

 

– Ktoś cię tam zamknął?

– Co za różnica? – znów patrzyłam na podłogę.

– Dla mnie ogromna. 

 

Na jego twarzy błysnęły kły.

 

– Zedrę z jego wilka skórę.

 

Jedna łza spadła bez ostrzeżenia. Cicha i pojedyncza. Poczułam ją dopiero, gdy kapnęła na spodnie.

 

Håkon zatrzymał się w pół kroku. Patrzył na mnie przez chwilę, potem podszedł i uklęknął. Jego dłoń na chwilę zawisła w powietrzu, jakby bał się mnie dotknąć.

 

– Nie płacz – podniósł mi brodę. – Nikt nie zrobi ci już krzywdy. Obiecuję.

 

Spojrzałam w jego ciemnoniebieskie oczy. Ale, gdy się do mnie uśmiechnął zrozumiałam, że nie mogę.

 

– Musisz mnie odrzucić – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

– Słucham? Będziesz Alfą. Potrzebujesz silnej kobiety. Takiej, która ma wilka... 

 

Zawahałam się.

 

– Kogoś takiego jak Giselle.

 

Prychnął.

 

– Giselle? – pokręcił głową. – Ona nadaje się... tylko do ozdoby.

– Ale ty i ona... Wy razem... Przecież jesteście parą.

 

Na twarzy Håkona pojawił się uśmieszek.

 

– Tak, sypiałem z nią. Ale jestem tutaj.  

 

Dotknął mojej ręki. Przez chwilę milczał. Potem dodał:

 

– Nie oddam tego, co czuję, za żadną noc z nią.

 

Był tak pewny siebie. Bezkrytyczny.

 

– Twój ojciec nigdy się nie zgodzi.

– Nie będzie miał nic do gadania.

– Jesteś naiwny.

– On też tak mówi – uśmiechnął się. – Dziś przyjeżdża Alfa z Północy. Chciałbym, żebyś dobrze wyglądała. Załóż swoją najładniejszą sukienkę, bo zamierzam się tobą chwalić.

 

– Ale ja...

– Tak?

– Ja nie mam żadnej sukienki – głos mi zadrżał.

– Żartujesz? 

 

Rzucił mi spojrzenie, które mówiło, że nie mieści mu się to w głowie.

 

– Mam dwie koszulki, sweter, dwie pary spodni. To wszystko.

 

Zamilkł. Wzrokiem objął strych – cienki materac, obdrapane ściany, stare meble...

 

– Ktoś ci coś przyniesie – rzucił w końcu. – Ale... inne rzeczy masz?

– Jakie inne?

– No wiesz... – zawahał się i potarł dłonią kark. – Te wszystkie babskie...

 

Pochyliłam głowę i wypuściłam z siebie powietrze. Nie miałam na to siły.

 

– Wszystko, co mam jest na wierzchu. Jeśli czegoś nie widzisz, to znaczy, że tego nie ma.

 

Rozejrzał się raz jeszcze. Jego spojrzenie na chwilę skupiło się na starym lustrze, potem odwrócił wzrok.

 

– Chodź.

– Dokąd? – powiedziałam przez zaciśnięte gardło.

– Do mnie.

 

Szerzej otworzyłam oczy.

 

– Tam jest Giselle.

– Już jej nie będzie. Od dziś śpisz u mnie.

 

Zamarłam.

 

– Wolę nie.

– Czemu? – zapytał, marszcząc brwi.

– Bo... nie chcę.

 

Kłamałam. Chodziło o to, co się ze mną działo, gdy na mnie patrzył. I choć marzyłam o tym każdego samotnego wieczoru, nie byłam pewna czy to dobry pomysł.

 

Przez moment patrzył na mnie uważnie. Potem westchnął.

 

– Nie zamierzam tego słuchać – złapał mnie za rękę. – Chodź. 

 

I poszłam. Nie dlatego, że mu ufałam. Nie dlatego, że było mi wolno.

 

Tylko dlatego, że coś we mnie – to pęknięte, samotne coś – rozpaczliwie chciało, żeby to wszystko było prawdą, nie snem.

Choć przeczuwałam, że prędzej czy później ktoś mnie z niego wyrwie.

 

 

4

 

Bianka

 

Gdy szliśmy, uświadomiłam sobie, że Håkon nie powiedział mi, skąd wiedział.

 

– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?

– Jak to?

– Wydaje mi się, że to jakiś okrutny żart.

 

Zatrzymał się.

 

– Żart? Wiem, kto i po co korzysta ze schowka. Szukałem wśród Sigm, ale… nasza kucharka uświadomiła mi, że powinienem pójść na strych. Przyznaję… nie wiedziałem, że ktoś tam mieszka. Im byłem bliżej, tym silniejszy był zapach. Giselle przyłapała mnie na wąchaniu twojej poduszki – potarł kark i uśmiechnął się głupkowato. 

– To chyba dość niezręczne.

– Dosyć – zaśmiał się, a wolną ręką otworzył drzwi do pokoju.

 

Nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się na miejscu. Odruchowo chciałam się wyrwać, ale przytrzymał mnie mocniej i wyszeptał:

 

– Spokojnie. 

 

Nie uspokoiłam się. Ale przestałam się szarpać.

 

W pokoju były dwie osoby. Giselle i Randall. Śmiali się z jakiegoś żartu Randalla. Poczułam lekkie ukłucie żalu. Czemu to nie ja byłam jak Giselle? Tyle razy marzyłam, że jestem jedną z nich.

 

Gdy weszliśmy Randall spojrzał na mnie ubawiony i zdziwiony jednocześnie, a Giselle z rozbawionej stała się rozdrażniona.

 

– Kto to? – zapytał Randall.

– Albo raczej: co ona tu robi? – dodała Giselle.

– Chciałbym, żebyście oboje stąd wyszli. To nie twój pokój Randall, a ty – Håkon zwrócił się do Giselle – nie masz tu od dzisiaj wstępu.

– Co jest, brachu? – zapytał zdziwiony Randall.

– Nic. Wyjaśnię ci później. A teraz wyjdź i przyślij do mnie Anette.

– Stary, co się dzieje? Powiedziałem już, że wytłumaczę później.

 

Håkon spojrzał na Randalla w taki sposób, że zacisnęło mi się gardło.

 

– Dobra. 

 

Randall bez dalszych pytań wyszedł, ale Giselle nadal stała w miejscu.

 

– Czy wyraziłem się niedostatecznie jasno? – zapytał tonem, którym do złudzenia przypominał własnego ojca.

– Po. Co. Ją. Tu. Ściągnąłeś? – wycedziła przez zęby Giselle.

– Nic ci do tego. Jeśli nie wyjdziesz sama, zostaniesz wyrzucona. Tego chcesz?

– Ten kocmołuch ma zastąpić mnie?! Po moim trupie!

– Nie waż się tak do niej odzywać. A twoje życzenie da się załatwić – odpowiedział bez emocji.

– AAAA!!! – wrzasnęła Giselle i rzuciła się w moim kierunku, zmieniając postać w wilczą. 

 

Trwało to ułamek sekundy – Giselle była wyćwiczona, często się przemieniała. Jej podarte ubrania spadły na podłogę, a ona rzuciła się do przodu. Skuliłam się na podłodze. Nie miałam żadnych szans. W locie zatrzymała ją pięść. Upadła ze skowytem na podłogę.

 

– Wynoś się – powiedział Håkon. 

 

Giselle zmieniła postać na ludzką, stając przed nami jak w dniu narodzin, całkowicie naga. Splunęła krwią na podłogę i ze złością wysyczała w moją stronę:

 

– To nie koniec. Nie będziesz z taką miernotą.

 

Potem wyzywająco spojrzała na Håkona i wyszła. Widziałam ją przez palce.

 

– Nic ci nie jest?

– To tylko sen. Bardzo zły sen. Zaraz się skończy. To tylko sen – szeptałam, bujając się w przód i tył.

– Bianko? Jesteś bezpieczna. Jestem. I nigdzie się nie wybieram. 

 

Usiadł za mną i objął ramionami. Oparł nos o moją głowę i wciągnął mój zapach głęboko w płuca.

 

– Ona nic ci nie zrobi. Masz moje słowo.

 

Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi.

 

– Wejdź Anette. 

 

Filigranowa blondynka wsunęła się bezszelestnie do pokoju.

 

– Chciałbym, żebyś przygotowała Biankę na dzisiejszy wieczór. 

– Słucham? – Anette otworzyła szerzej oczy.

– Dobrze słyszałaś. Znajdź jej kieckę, ale nie byle jaką. Umaluj, czy co tam robicie przed. To twoje zadanie. Oczekuję, że się z niego wywiążesz. A, i jeszcze jedno. Wiem, że kumplujesz się z Giselle więc masz też zakaz odzywania się do Bianki. Jeśli wykrztusisz z siebie chociaż jedno niepotrzebne słowo – stracisz język. Czy to jasne?

– T–tak.Widzimy się za dwie godziny – powiedział i pocałował mnie w głowę. 

 

Wstał i wyszedł, a ja przez jeszcze chwilę patrzyłam na zamknięte drzwi.

 

– No cóż... Musimy się pospieszyć skoro mamy tylko dwie godziny. Mogłabyś wstać? – Anette spojrzała na mnie, jak na pożałowania godną istotę.

 

Podniosłam się na miękkich nogach.

 

– Uspokój się. Nie wiem, po co jesteś Håkonowi, ale widocznie ma jakiś powód. Chodź.

 

Minęła mnie i poszła do łazienki. Odkręciła kurki w wannie, która wydała mi się większa od całego mojego pokoju.

 

– Musisz się najpierw dobrze namoczyć – spojrzała na mnie z ukosa – później wszystko dokładnie wyszoruj… to znaczy siebie. 

 

Złapała mnie za dłonie i pociągnęła do góry, dokładnie lustrując ich stan. Skrzywiła się, a ja wyszarpnęłam dłonie.

 

– Paznokcie muszą być czyste. Włosy umyj dokładnie. Postaraj się wyrobić w godzinę.

 

Anette odwróciła się na pięcie, zanim jednak zamknęła za sobą drzwi powiedziałam ciche:

 

– Dziękuję. 

 

Zatrzymała się w pół kroku, ale ostatecznie wyszła bez słowa.

 

Weszłam do wanny. Poczułam jak rozluźniają się mięśnie. Ogarnęła mnie błogość, a potem… zapłakałam. Szlochałam kilka minut, aż do drzwi zapukała Anette.

 

– Wszystko w porządku?

– Tak, przepraszam.

 

Coś odburknęła i odeszła. Zaczęłam się szorować w takiej kolejności, jakiej ode mnie oczekiwała. Gdy skończyłam, znalazłam tylko jeden ręcznik – pachniał jak Håkon. Owinęłam się nim jak najmilszym kocem. Jego zapach mnie uspokoił.

 

Anette zastałam z przewieszonymi przez oparcie kanapy nogami. Piłowała paznokieć.

 

– O, to już? Dobrze. Siadaj tam.

 

Nie odzywałam się, a Anette robiła swoje. Wysuszyła i wymodelowała mi włosy, mówiąc, że na loki już za późno. Makijaż był prosty: czarna kredka, tusz i odrobina pudru. Potem kazała spojrzeć w lustro. Nie poznałam się. Wyglądałam... ładnie.

 

– Łał. Przeszłam samą siebie. Taki efekt, przy tak skromnym budżecie. Ładna jesteś, wiesz?

– Dziękuję – zarumieniłam się.

– Nikt ci chyba tego nie mówił, co?

 

Pokiwałam tylko głową.

 

– Dobra, my tu pitu–pitu, a jeszcze sukienka. Tam jest bielizna, zakładaj.

 

Nie wiedziałam, co zrobić, gdy Anette wbiła we mnie wzrok.

 

– Widziałam już gołe cycki. Jesteśmy wilkołakami, pamiętasz?

 

Nie wszyscy – pomyślałam.

 

Dopiero po chwili zorientowała się, co powiedziała.

 

– Wybacz, zapomniałam.

– Nie szkodzi.

– To będzie twoja sukienka – wskazała na prawo.

 

Czarny materiał przelewał się przez bok łóżka. Podeszłam bliżej i przez chwilę przypatrywałam się w milczeniu.

 

– No, nie ma na co czekać. Chodź, pomogę ci się w nią ubrać.

 

Czułam się jak w namiocie, gdy Anette narzuciła na mnie sukienkę. Sprawnie umieściła mnie „na miejscu” i dopięła suwak z cichym szelestem. Gdy skończyła, popchnęła mnie w kierunku olbrzymiego lustra.

 

Spojrzałam na swoje odbicie. Nie poznałam dziewczyny, którą tam zobaczyłam. Była ładna. Elegancka. 

 

Suknia miała zwiewny dół i dwa ogromne rozporki. Głęboki dekolt przypominał kształtem serce. Czułam się piękna i odsłonięta jednocześnie.

 

– Wskakuj w szpilki – rzuciła Anette.

– Nie umiem chodzić w szpilkach – przyznałam cicho.

– Nie umiesz? To masz – Anette spojrzała na zegarek – jakieś 15 minut, żeby się nauczyć. No, dalej.

 

Spojrzałam na nią żałośnie, ale tylko machnęła w moją stronę parą butów. Była zdeterminowana bardziej niż sama Draetha. 

 

Podjęłam kilka marnych prób. Po kilku minutach szłam nieco mniej chwiejnym krokiem, nie przewracając się.

 

– Wszystko fajnie, ale nie uginaj nóg jak kaczka. Jak przyjdzie Håkon, poda ci ramię, oprzesz się na nim i jakoś to będzie – skrzyżowała ręce.

– Powinnam dziś służyć do kolacji, jak mam to zrobić bez jego ramienia?

– Wątpię, żebyś musiała to jeszcze robić.

 

Oceniła mnie wzrokiem raz jeszcze i bez słowa wyszła, zostawiając mnie samą. Przez chwilę stałam w miejscu, przyglądając się więc wszystkiemu dookoła.

 

 Obok regału z książkami, na podłodze, panował nieład. Książki leżały porozrzucane. Niektóre z nich były otwarte. Kilka leżało na masywnym, rzeźbionym biurku. Laptop wyświetlał tabelę, z niedokończonym wpisem. Obok był notes i długopis bez skuwki. 

 

Pozwoliłam sobie na śmiałość i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją i owionął mnie aromat migdałów i śliwek.

 

Håkon… – pomyślałam.

 

Przesunęłam palcami po tkaninach, czując faktury jego koszul. Miał ich więcej, niż ja miałam ubrań w całym swoim życiu. Lekko odchyliłam jeden z t–shirtów i zaciągnęłam się zapachem.

 

– Podoba ci się to, co czujesz?

 

Odskoczyłam od szafy jak poparzona.

 

– Przepraszam, ja tylko... Przepraszam – szybko zamknęłam szafę.

Nie szkodzi – Håkon się uśmiechnął. – Dziś robiłem to samo z twoją poduszką, pamiętasz? – dodał szczerząc się jeszcze bardziej. – Powinniśmy już iść – wyciągnął do mnie rękę. – Widzę, że Anette wydobyła skarb skrywający się pod tymi rozwleczonymi koszulkami.

 

Czułam jak rumieniec pełzł po mojej szyi. Opuściłam wzrok. 

 

Håkon odchrząknął. 

 

Zorientowałam się, że nadal wyciąga do mnie dłoń. Podałam mu rękę. Kontakt z jego skórą sprawił, że poczułam się odrobinę pewniejsza siebie.

 

– Nie zamierzam cię ukrywać. Ale nie chcę też robić szopki – westchnął. – Nie będziesz dziś służyć do kolacji, ale… nie mogę wznieść toastu na naszą cześć. Mam nadzieję, że to rozumiesz? To zbyt ważny wieczór dla mojego ojca, a ja muszę go przygotować do... do ciebie. 

– Rozumiem. Będę się trzymać ścian. Tak jak zawsze.

– Nie, Bianko. Nie o to mi chodziło. Usiądziesz obok mnie, ale nie możemy na razie nic mówić. Ojciec też nic nie powie. Będzie wiedział o co chodzi. Nie martw się. Już jestem. I nigdzie się nie wybieram – ostatnie słowa powtórzył jak mantrę.

 

Skinęłam głową i… coś we mnie drgnęło.

 

Zapach. 

 

Pojawił się nagle. Obcy. Ciężki. Jak miód i surowe drewno.

 

Mocniej wbiłam paznokcie w ramię Håkona

Nocturn

Nina Rosa

 

Email: ninarosa.contact@icloud.com

Strona www stworzona w kreatorze WebWave.

Podpowiedź:

Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium

Ta strona została stworzona za darmo w WebWave.
Ty też możesz stworzyć swoją darmową stronę www bez kodowania.